Zakładki

piątek, 6 grudnia 2019

Grudzień - 07.12.19

Tegoroczny ostatni miesiąc, grudzień, jest w nim coś, co mnie niepokoi. Szaleńcze podobieństwo do poprzednich, zimowych okresów, kiedy to nie byłam w stanie w pełni cieszyć się przyszłym z czasem świąt. Te same, wtórne myśli o ciemnych barwach zupełnie zmywające się z wiecznie przycienionymi dniami. Pędzący niezmiennie, a pospiesznie czas, który doprowadził mnie do końcówki tej dekady ze strachem rosnącym w moich oczach. Nie do końca nigdy wiedziałam, jak poważnie obawiałam się zmian w pewnych, dosyć konkretnych kwestiach - po rozpoczęciu nowego etapu własnego życia, licealnego, nie jestem w stanie odsunąć od siebie lęku przemijania. I tych następujących po tym zmian, bo coś podpowiada mi, iż większość tych, które przytrafiają mi się teraz nie należy do lepszej grupy nowych doświadczeń. Mniej chcę rozmawiać, jednocześnie wieczorami potrzebując tej jednej osoby, żeby przegadywać z nią wszystko inne, ale jej nie ma. Na teraz mogłabym powiedzieć, że wcale wręcz. Nie chcę uniknąć wspomnień pierwszoklasisty, aczkolwiek nie jestem w stanie myśleć o spotkaniach z innymi, bo i one wydają się mi dziwnie zbędne oraz uciążliwe. Jestem pogrążona w chaosie, innym od tego przy cyklu mojej dwudziestoczterogodzinnej euforii, w chęciach do samookaleczeń, uszkodzeń własnej siebie w stopniu wyższym, ładniej to określając. Rozwieszono klimatyczne światełka, rozpoczęto przygotowania do świąt, ja za to zastanawiam się znowu czy będę wtedy znowu płakać o pierwszej w nocy. Czy ja w ogóle będę, zaczynając od tego, bo moja psychika podupada. Jeśli miałabym to zobrazować w jakimś pierwszym, przyszłym do mojej głowy porównaniu to widzę samą siebie, która obdziera swoje kolana przy bolesnym zjeździe o kilkanaście, szorstkich schodów w dół. Temu towarzyszy głęboki mrok, głucha cisza głośniejsza od moich myśli, zagubienie, rezygnacja. Następnego dnia obudzę się z jednorazowym lepszym humorem, myślę; to był ten raz, to nic takiego, wszystko okay. Potem znów nie znoszę całęj swej egzystencji za takie podejście, bo kiedy już jest gorzej to jestem sama. Bez pomocy. Bo przecież byłam okay, prawda? Przecież tamto, te zamglone, przerażające wspomnienie było niczym, dlaczego kumuluje się w późniejsze wszystko?

Grudzień. Czas podsumowań. Żali, wdzięczności, rozważań. Nie wiem, gdzie jestem, gdzie będę, jak będzie. Grudzień, kolejny rok przysłany burzowymi chmurami. Czy warto, co lepszym, co prawdą.