Zakładki

poniedziałek, 28 maja 2018

[Postanowienia na lato]

Nikt nie mógłby zaprzeczyć, iż uczniowskie głowy coraz bardziej zajmują się wakacjami, niżeli czymkolwiek innym. Fakt faktem, wielu z nich ma jeszcze poprawy. Niektórzy zaś właśnie pod koniec rzucają to wszystko, chcąc posmakować już nieco wakacyjnego klimatu. Tej wolności, braku nauki oraz często bezsensownych, szkolnych zasad. Jeśli ktoś miałby spytać mnie o moje postrzeganie lata, byłoby ono zaskakująco dobre. Nie ukrywam, że przez dłuższy okres czasu same myślenie o tej części roku przywoływały moje pesymistyczne myśli w towarzystwie wspomnień, które z pewnością nie należą do najlepszych. Przechodząc jednak do owego obrazu czasu letniego. Jak postrzegam go ja? 

Okres pełen przygód, nowych doświadczeń, zabawy, rzeczy nie do zapomnienia. Wielka ilość słońca, zwiedzanie nowych miejsc oraz podróże. Nocne imprezy czy też wymykanie się na spacer do ciemnego lasu wyłącznie z osobą obok oraz latarką w telefonie. Ogniska, obiady na powietrzu, pełen wybór pyszności. Czas na zmiany. Nauczenie się czegoś czy też udoskonalenie. Pokonanie złego nawyku czy też wykształcenie w sobie nowego. Śpiew, pasja, akcja, światła, woda, wszystko, co tylko mogłabym sobie wyobrazić, a co jest możliwe przez te dwa miesiące. Miłość, przyjaźń. Czas, przez który można zrobić właściwie wszystko. Jeśli tylko posiada się możliwość oraz chęć.

A oto postanowienia, które ja ustaliłam sobie w tym dwa tysiące osiemnastym: 
1. Droga April, która zapewne będzie odczytywać ten punkt jak mantrę. Tak, to do ciebie mówię, jełopie. Pamiętasz wszystkich tych ludzi, którzy pozostawili cię, gdy ich potrzebowałaś, bądź którzy na tę chwilę cię nienawidzą oraz zapewne życzą wpadnięcia pod jakiś samochód? Ba, oczywiście, że pamiętasz. Nie mówmy tu tylko o sobie, choć i tobie musisz się podobać. Ale unieś ten nieco przypustawy łeb, wyprostuj się oraz uśmiechnij z bitchfacem w stronę całego świata. A potem pokaż, iż jesteś tym typem osoby, któremu mogą tylko zazdrościć oraz za nią tęsknić.
Love yourself, fuck your girlfriend and make sure everyone knows how special you are
2. Po drugie. W ciągu roku szkolnego wielu z nas nie ma czasu na wieele rzeczy, które chciałby przetestować. Ty również. Masz czas? Genialnie. Śpiewaj, ucz się gry na pianinie, bądź gitarze, czytaj książki, gotuj, baw się makijażem.
Wykorzystaj ten czas do wszelakich prób. W końcu kiedyś trzeba. 
3. Znalazłaś swoją grupkę, którą teraz pomimo wielu prób morderstwa na ich osobach, kochasz. Więc hej, wykorzystaj to. Spotykaj się z nimi, kiedy tylko możesz. Róbcie wszystko, czego nie robicie zazwyczaj. Poświęć im trochę twojego czasu, bawiąc się tak, jak nigdy nie mogłaś z kimkolwiek innym. Zróbcie zdjęcia, bawcie się jak dzieci. Spełniajcie swoje małe marzenia oraz odwieczne zachcianki. W końcu możesz im zaufać. 
Rusz się, zbierz ekipę, a następnie wraz z nimi wspomnienia. 

wtorek, 15 maja 2018

Mieszanka wybuchowa - 15.05

Zastanawiam się kim jestem. I tak, tu powinno zacząć się pierdolenie o dojrzewaniu oraz jego skutkach. No cóż, ja bym od razu rzuciła tezę, że wszystko jest zawsze dorastaniem, burzą hormonów. Swoją drogą to tak pewnie wiele mogłoby mnie nazwać. Zniszczoną kupą szalejących we mnie narządów, jak sądzę. Teraz zastanowiłam się jednak na jednym, a mianowicie kim jestem. Spójrzmy prawdzie w oczy, każdy staje się sobą za pomocą własnych obserwacji, podłapywania czegoś od innych, a także różnych prób. Zastanawiam się zwyczajnie czy ja to na pewno ja. Zawsze mogę być po prostu ,,gorszą wersją". W ciągu własnego życia przeszłam tyle faz, iż zapewne, gdybym miała odhaczać każdą po kolei mało zostało by tych, których faktycznie nie było. Ze skrajności w skrajność, to wręcz zabawne. Może stąd ta niestabilność? Mam na myśli, cóż, w końcu sądzę, iż w końcu mam tę stałą wersję siebie. Mimo to nawet wtedy powolutku się zmieniam. Może to serio jakieś problemy nastolatka, a u mnie zwyczajnie wypieprzyło to poza skalę robiąc ze mnie laskę, która zwyczajnie nie umie sobie poradzić z najzwyczajniejszym światem ze skłonnościami do myśli samobójczych. Aż przypomniały mi się słowa mojej psycholog. Patrzę na siebie jak na innych, a może powinnam dostrzec to, że mogę mieć problem. Mogę go jednocześnie nie mieć, a brać siebie za jakieś pokrzywdzone dzieciątko, nad którym trzeba skakać. Spójrzmy prawdzie w oczy. Jak co do czego będę sama. A wraz z tym, co jest już teraz? Nie poradzę sobie. Wykończę samą siebie albo to świat mnie wyręczy. Mam problemy. Ale nie bierzmy to za chorobę. Sama to na siebie zesłałam. Może zbyt wiele do siebie biorę. Może zwyczajnie zostałam wychowana na rozpieszczoną gówniarę, dla której nie powinno się było pomagać. Jestem pokręcona. Nie raz nie rozumiem własnej osoby, a powinnam. Potrafię mieć problemy ze wstaniem z łóżka po raz drugi czy nawet pierwszy, nie ważne, że byłaby piętnasta. Niby mam się zmieniać, a jednocześnie jestem zbyt bardzo skupiona na sobie. Bo błagam, co ja daję dla innych. Byt? Za mało. Pocieszenia? I tak są chujowe, ale to wciąż za mało. Ciągle wymagam, bo sama nie chcę czy nie umiem sobie czegoś wziąć. Niczym pasożyt, żerują na innych. Nigdy pomiędzy, zawsze albo na samym dnie, albo na wyimaginowanej górze. Jestem niczym pięciolatka, tuptająca nóżką, bo ktoś przestawił jej lalkę. Panie i panowie. Albo po prostu ty, osobo, która to czytasz. 

Nie bawmy się w doszukiwanie się czegoś więcej, gdy tego więcej nawet nie ma. Ja po prostu sobie nie radzę, a to wszystko pewnie zniknie z czasem. Kto wie czy to nie jest tylko przejściowy, ubzdurany sobie czas.