Zakładki

piątek, 6 grudnia 2019

Grudzień - 07.12.19

Tegoroczny ostatni miesiąc, grudzień, jest w nim coś, co mnie niepokoi. Szaleńcze podobieństwo do poprzednich, zimowych okresów, kiedy to nie byłam w stanie w pełni cieszyć się przyszłym z czasem świąt. Te same, wtórne myśli o ciemnych barwach zupełnie zmywające się z wiecznie przycienionymi dniami. Pędzący niezmiennie, a pospiesznie czas, który doprowadził mnie do końcówki tej dekady ze strachem rosnącym w moich oczach. Nie do końca nigdy wiedziałam, jak poważnie obawiałam się zmian w pewnych, dosyć konkretnych kwestiach - po rozpoczęciu nowego etapu własnego życia, licealnego, nie jestem w stanie odsunąć od siebie lęku przemijania. I tych następujących po tym zmian, bo coś podpowiada mi, iż większość tych, które przytrafiają mi się teraz nie należy do lepszej grupy nowych doświadczeń. Mniej chcę rozmawiać, jednocześnie wieczorami potrzebując tej jednej osoby, żeby przegadywać z nią wszystko inne, ale jej nie ma. Na teraz mogłabym powiedzieć, że wcale wręcz. Nie chcę uniknąć wspomnień pierwszoklasisty, aczkolwiek nie jestem w stanie myśleć o spotkaniach z innymi, bo i one wydają się mi dziwnie zbędne oraz uciążliwe. Jestem pogrążona w chaosie, innym od tego przy cyklu mojej dwudziestoczterogodzinnej euforii, w chęciach do samookaleczeń, uszkodzeń własnej siebie w stopniu wyższym, ładniej to określając. Rozwieszono klimatyczne światełka, rozpoczęto przygotowania do świąt, ja za to zastanawiam się znowu czy będę wtedy znowu płakać o pierwszej w nocy. Czy ja w ogóle będę, zaczynając od tego, bo moja psychika podupada. Jeśli miałabym to zobrazować w jakimś pierwszym, przyszłym do mojej głowy porównaniu to widzę samą siebie, która obdziera swoje kolana przy bolesnym zjeździe o kilkanaście, szorstkich schodów w dół. Temu towarzyszy głęboki mrok, głucha cisza głośniejsza od moich myśli, zagubienie, rezygnacja. Następnego dnia obudzę się z jednorazowym lepszym humorem, myślę; to był ten raz, to nic takiego, wszystko okay. Potem znów nie znoszę całęj swej egzystencji za takie podejście, bo kiedy już jest gorzej to jestem sama. Bez pomocy. Bo przecież byłam okay, prawda? Przecież tamto, te zamglone, przerażające wspomnienie było niczym, dlaczego kumuluje się w późniejsze wszystko?

Grudzień. Czas podsumowań. Żali, wdzięczności, rozważań. Nie wiem, gdzie jestem, gdzie będę, jak będzie. Grudzień, kolejny rok przysłany burzowymi chmurami. Czy warto, co lepszym, co prawdą. 

poniedziałek, 28 maja 2018

[Postanowienia na lato]

Nikt nie mógłby zaprzeczyć, iż uczniowskie głowy coraz bardziej zajmują się wakacjami, niżeli czymkolwiek innym. Fakt faktem, wielu z nich ma jeszcze poprawy. Niektórzy zaś właśnie pod koniec rzucają to wszystko, chcąc posmakować już nieco wakacyjnego klimatu. Tej wolności, braku nauki oraz często bezsensownych, szkolnych zasad. Jeśli ktoś miałby spytać mnie o moje postrzeganie lata, byłoby ono zaskakująco dobre. Nie ukrywam, że przez dłuższy okres czasu same myślenie o tej części roku przywoływały moje pesymistyczne myśli w towarzystwie wspomnień, które z pewnością nie należą do najlepszych. Przechodząc jednak do owego obrazu czasu letniego. Jak postrzegam go ja? 

Okres pełen przygód, nowych doświadczeń, zabawy, rzeczy nie do zapomnienia. Wielka ilość słońca, zwiedzanie nowych miejsc oraz podróże. Nocne imprezy czy też wymykanie się na spacer do ciemnego lasu wyłącznie z osobą obok oraz latarką w telefonie. Ogniska, obiady na powietrzu, pełen wybór pyszności. Czas na zmiany. Nauczenie się czegoś czy też udoskonalenie. Pokonanie złego nawyku czy też wykształcenie w sobie nowego. Śpiew, pasja, akcja, światła, woda, wszystko, co tylko mogłabym sobie wyobrazić, a co jest możliwe przez te dwa miesiące. Miłość, przyjaźń. Czas, przez który można zrobić właściwie wszystko. Jeśli tylko posiada się możliwość oraz chęć.

A oto postanowienia, które ja ustaliłam sobie w tym dwa tysiące osiemnastym: 
1. Droga April, która zapewne będzie odczytywać ten punkt jak mantrę. Tak, to do ciebie mówię, jełopie. Pamiętasz wszystkich tych ludzi, którzy pozostawili cię, gdy ich potrzebowałaś, bądź którzy na tę chwilę cię nienawidzą oraz zapewne życzą wpadnięcia pod jakiś samochód? Ba, oczywiście, że pamiętasz. Nie mówmy tu tylko o sobie, choć i tobie musisz się podobać. Ale unieś ten nieco przypustawy łeb, wyprostuj się oraz uśmiechnij z bitchfacem w stronę całego świata. A potem pokaż, iż jesteś tym typem osoby, któremu mogą tylko zazdrościć oraz za nią tęsknić.
Love yourself, fuck your girlfriend and make sure everyone knows how special you are
2. Po drugie. W ciągu roku szkolnego wielu z nas nie ma czasu na wieele rzeczy, które chciałby przetestować. Ty również. Masz czas? Genialnie. Śpiewaj, ucz się gry na pianinie, bądź gitarze, czytaj książki, gotuj, baw się makijażem.
Wykorzystaj ten czas do wszelakich prób. W końcu kiedyś trzeba. 
3. Znalazłaś swoją grupkę, którą teraz pomimo wielu prób morderstwa na ich osobach, kochasz. Więc hej, wykorzystaj to. Spotykaj się z nimi, kiedy tylko możesz. Róbcie wszystko, czego nie robicie zazwyczaj. Poświęć im trochę twojego czasu, bawiąc się tak, jak nigdy nie mogłaś z kimkolwiek innym. Zróbcie zdjęcia, bawcie się jak dzieci. Spełniajcie swoje małe marzenia oraz odwieczne zachcianki. W końcu możesz im zaufać. 
Rusz się, zbierz ekipę, a następnie wraz z nimi wspomnienia. 

wtorek, 15 maja 2018

Mieszanka wybuchowa - 15.05

Zastanawiam się kim jestem. I tak, tu powinno zacząć się pierdolenie o dojrzewaniu oraz jego skutkach. No cóż, ja bym od razu rzuciła tezę, że wszystko jest zawsze dorastaniem, burzą hormonów. Swoją drogą to tak pewnie wiele mogłoby mnie nazwać. Zniszczoną kupą szalejących we mnie narządów, jak sądzę. Teraz zastanowiłam się jednak na jednym, a mianowicie kim jestem. Spójrzmy prawdzie w oczy, każdy staje się sobą za pomocą własnych obserwacji, podłapywania czegoś od innych, a także różnych prób. Zastanawiam się zwyczajnie czy ja to na pewno ja. Zawsze mogę być po prostu ,,gorszą wersją". W ciągu własnego życia przeszłam tyle faz, iż zapewne, gdybym miała odhaczać każdą po kolei mało zostało by tych, których faktycznie nie było. Ze skrajności w skrajność, to wręcz zabawne. Może stąd ta niestabilność? Mam na myśli, cóż, w końcu sądzę, iż w końcu mam tę stałą wersję siebie. Mimo to nawet wtedy powolutku się zmieniam. Może to serio jakieś problemy nastolatka, a u mnie zwyczajnie wypieprzyło to poza skalę robiąc ze mnie laskę, która zwyczajnie nie umie sobie poradzić z najzwyczajniejszym światem ze skłonnościami do myśli samobójczych. Aż przypomniały mi się słowa mojej psycholog. Patrzę na siebie jak na innych, a może powinnam dostrzec to, że mogę mieć problem. Mogę go jednocześnie nie mieć, a brać siebie za jakieś pokrzywdzone dzieciątko, nad którym trzeba skakać. Spójrzmy prawdzie w oczy. Jak co do czego będę sama. A wraz z tym, co jest już teraz? Nie poradzę sobie. Wykończę samą siebie albo to świat mnie wyręczy. Mam problemy. Ale nie bierzmy to za chorobę. Sama to na siebie zesłałam. Może zbyt wiele do siebie biorę. Może zwyczajnie zostałam wychowana na rozpieszczoną gówniarę, dla której nie powinno się było pomagać. Jestem pokręcona. Nie raz nie rozumiem własnej osoby, a powinnam. Potrafię mieć problemy ze wstaniem z łóżka po raz drugi czy nawet pierwszy, nie ważne, że byłaby piętnasta. Niby mam się zmieniać, a jednocześnie jestem zbyt bardzo skupiona na sobie. Bo błagam, co ja daję dla innych. Byt? Za mało. Pocieszenia? I tak są chujowe, ale to wciąż za mało. Ciągle wymagam, bo sama nie chcę czy nie umiem sobie czegoś wziąć. Niczym pasożyt, żerują na innych. Nigdy pomiędzy, zawsze albo na samym dnie, albo na wyimaginowanej górze. Jestem niczym pięciolatka, tuptająca nóżką, bo ktoś przestawił jej lalkę. Panie i panowie. Albo po prostu ty, osobo, która to czytasz. 

Nie bawmy się w doszukiwanie się czegoś więcej, gdy tego więcej nawet nie ma. Ja po prostu sobie nie radzę, a to wszystko pewnie zniknie z czasem. Kto wie czy to nie jest tylko przejściowy, ubzdurany sobie czas.

sobota, 24 marca 2018

Zmiany to bujdy - 24.03

Niedawno minęły moje urodziny. Właściwie miały być one moimi najlepszymi dotychczasowymi. Czy były? Nie, nie sądzę. Wydaje mi się, że jedyne na co czekałam to był ten cholerny telefon. Nawet nie skupiłam się na spotkaniu z siostrą. W planach miałam jednak najpierw spotkanie się z koleżankami z klasy w nieco większym gronie, aby było weselej. Potem nie wyszło. Z koło siedmiu osób nikt nie przyszedł, cóż. Co zabawne, bardziej mnie to zirytowało niż ruszyło. Dopiero teraz widzę jak wspaniałe pokazuje to, iż ludzie mają mnie gdzieś nawet jeśli chce tylko jednego normalnego spotkania, aby zrobić coś we własne ,,święto”. Po tym miałaby przyjść kuzynka - to wyszło, choć i tu praktycznie nic nie zrobiłyśmy. Tyle, że była. Kiedyś pojawiła się też nikła szansa, że zjawiłaby się również jedna z najważniejszych dla mnie osób i mimo że niby wiedziałam, że to niemożliwe to miałam wrażenie, iż może choć raz to wyjdzie. Tak by w jeden dzień w roku wreszcie stało się coś, co byłoby tysiąc razy lepszym prezentem nizeli nawet tuzin takich komórek. Nie wyszło. Właściwie parę razy zapomniałam tamtego dnia, że to w ogóle moje urodziny. Może głównie przez fakt, iż stawiłam ponad nie własne RP. Czy tak być powinno? Cholera wie, choć w chwili pisania tego wspomnienia urodzin wydają mi się niczym udowodnienie mojej beznadziejności. Co da mi genialny telefon, gdy nie mam czego fotografować, bo nawet nie wychodzę z domu? Co da mi możliwość nagrywania na YouTube, jeśli i tak pewnie nie spróbuję? Bo po prostu się boję. Znów czuję się niczym ruiny człowieka, lecz nie sam człowiek. Tak jakbym przestała żyć. W społeczeństwie również przestałam istnieć. Gdybym znikła nikt by nie zauważył różnicy. Nie mam do kogo się zwrócić - stacjonarnie - a pomimo  najwspanialszych osób jakie mogłam spotkać w internecie, jeśli coś się dzieje nie mogę ich przytulić, podejść czy pójść z nimi do szkoły, byle nie siedzieć znów sama. Cera nie robi się lepsza, raz była to zjebalam, a teraz nie mogę tego naprawić. Śpiew? Dobre sobie, czuję jakbym powoli coraz bardziej się od tego odsuwała. I tak mi nie idzie tak jak kiedyś, mam zbyt zniszczony głos brakiem ćwiczeń. Same próby śpiewu mnie dołują. Kiedyś dobrze rysowałam, podobno miałam predyspozycje. Dziś nie rysuję od lat, wszystkie najmniejsze próby kończą się klęską. Czy stany się polepszają? Nie, kurwa, nie. Wciąż nie mam siły na to wszystko. Rok 2018 miał to do cholery zmienić, póki co nie zmienia się nic. A ja jestem niczym potwór ze szczątek tej utalentowanej, nieco zakompleksionej dziewczyny z wielkimi nadziejami oraz marzeniami, w które wierzyła. Gdyby miała wiedzieć, że to jej przyszłość zapewne by się przeraziła. Bo co takiego musiało się stać, by kilkunastoletni człowiek musiał walczyć z własną osobą? Dzień po każdym pieprzonym dniu.

poniedziałek, 12 marca 2018

Dzień dobry, dawna przyjaciółko - 12.03.18


Dzień dobry, dawna przyjaciółko,
W sumie to ja byłam tą która Cię odepchnęła. Choć szczerze? Przeraża mnie to jak łatwo to zrobiłam, nie potrafiąc już czuć do ciebie tego co wcześniej. Właściwie nie czułam nic. Za to dziś na was patrzyłam, dwie. Roześmiane, twoja dłoń na jej plecach. Czy bolało? Oczywiście, ale może na to zasłużyłam. W końcu ja także Cię raniłam, przysporzyłam Ci tyle łez, że spokojnie mogę doliczyć Twoją osobę do listy ,,niszczeni przeze mnie". Co zabawne, ja mało tęsknię za tym co zostawiłam ostatnio. Ja tęsknię za tym, co pokochałam. Za tą tobą, która razem ze mną była wariatką, przez innych brana za świruskę. Obie pogrążone byłyśmy w marzeniach, własnych, oddzielnych światach, do którego wpuszczałyśmy tylko nas. Byłaś pierwszą, której powiedziałam o moich stanach. Poczułam, iż mogę Ci zaufać. Czy dobrze? Nie wiem, chyba. Wśród tych lat obie się zmieniłyśmy. Ja? Cholernie. Ty? Oczywiście, że również, choć są te małe, malutkie wręcz rzeczy, które nie zmieniły się nigdy. Pomimo wszystkiego przez co przeszłyśmy. Znałam Twoje wady. Kiedyś starałam się jak najbardziej je ignorować, bądź pomagać Ci je zwalczać. Chciałam z Tobą być, pomóc. Nie wyszło. Jesteś aktualnie pogubiona, ja osobiście czuję się często jak Twoja starsza siostra. Bo widzę, że przeżywasz to, co przeżywałam ja. Ale nie potrafię pomóc Tobie, jeśli własnej sobie nie pomogłam. Zgubiłaś się. Wśród tych kolorowych światełek, lecz i cieni na tym cholernym świecie. Nie wiedziałaś za czym iść, nawet do końca nie wiedziałaś jak. Postanowiłaś, więc iść z innymi. By być szczęśliwą. Choć pojęcie jest to względne. W moich oczach zawsze widziałaś do mnie pewnego rodzaju respekt, którego do dziś nie potrafię zrozumieć. Brałaś mnie za lepszą, fajniejszą, z większymi możliwościami. Czułaś się zakompleksiona, prawda? Chciałyśmy kiedyś wyjechać do Egiptu, chciałyśmy być takie czy inne, śpiewać, bo była to nasza pasja. Ponadto również obie rysowałyśmy. Wyjechałam do Egiptu pierwsza. Gdy w szkole pojawił się konkurs wokalny to ja coś osiągnęłam oraz to ja byłam chwalona przez nauczycielkę, gdy ty zostałaś okrzykniętą ,,tą, która źle śpiewa". To głównie moimi rysunkami jarały się koleżanki jeszcze ze świetlicy. To ja pierwsza zaczęłam dorastać oraz powoli się ,,okrąglić''. Byłam pierwsza, pierwsza też złapałam tę gówno, które jest prawdopodobnie depresją. Pod pewnym względem rozumiem, pod innym nie. Przepraszam, jeśli czułaś się jakbyś była w moim cieniu. Bo ja czułam jakbyśmy szły ramię w ramię z nieco innymi problemami. Ta dyskoteka, gdy siedziałam sama, a ty bawiłaś się z klasą sprawiła, iż się potem jak dobrze pamiętam popłakałam. Te zdjęcia, które widzę z nią oraz to, że teraz to ona jest ,,jedyną, której ufasz", gdy wcześniej byłam nią ja bolą, również. Cała ta popieprzona relacja, która się sypnęła. Tak bardzo mnie to boli, a według Ciebie i tak jestem tylko suką, której nie obchodzisz. Błąd, zawsze obchodziłaś. Tak jak sądziłam. Ale w trakcie poczułam, że to nie to samo. Że ty, to nie ty. Bo po prostu się zmieniłyśmy oraz rozeszłyśmy na własne strony. Kiedyś identyczne wręcz, teraz kompletnie odmienne. Gdybym miała jeszcze szansę pewnie powiedziałabym Ci to w twarz. Że tęsknię, że zjebałam, że w pewnym momencie przestałam czuć, przestałam mieć te uczucie zaufania oraz znania ciebie, nawet że do cholery jasnej chcę wciąż Cię mieć. Tylko tą wcześniejszą. Tę dziewczynę z klasy obok, która przychodziła niemal na każdej przerwie. A teraz nie raz nawet nie powie mi cześć, co dopiero o przychodzeniu. 

Byłaś dla mnie małą siostrzyczką, którą opuściłam,
jesteś dla mnie prędzej wspomnieniem niż teraźniejszością czy przyszłością
Kochałam Cię
A może wciąż to robię
W pewnym czasie przestałam wiedzieć

piątek, 9 lutego 2018

Mój aniołku - 09.02.18

Mój malutki, kochany aniołku, 
W chwili gdy usłyszałam, że będę miała brata nawet nie wiesz jak bardzo się cieszyłam. Choć nie zaprzeczę również, iż osobiście wolałam mieć starsze rodzeństwo, ale na to było już trochę za późno. Obiecałam sobie wtedy, że będę najlepszą siostrą jaką tylko mogę być, na całym świecie nie znajdziesz lepszej. Spieprzyłam. Że zaufasz mi całkowicie, będziemy się razem bawić czy gadać o tym co nas trapi godzinami. Pamiętam naprawdę wiele co do naszego dzieciństwa, choć prawdę mówiąc to ile faktycznie z tobą byłam było krótkie. Z początku najwyraźniej bawiłam się w śmieszka, bo nazywałam cię ,,Ślimak" oraz po cichaczu wmawiałam Ci, że to twoje imię. Nie komentujmy powodów dlaczego, byłam dzieckiem, ja sama nie wiem. A potem mama nakrzyczała na mnie bym przestała, bo pokręci Ci się w głowie. Nadal pamiętam, że darłeś się jak opętany, a twoja głowa przypominała wtedy pomidora, zresztą zazwyczaj też miałeś jakiś dziwny czerwony znak na czole - normalnie wybraniec - choć z czasem znikł. Nasz ,,brum brum", którego czyściliśmy godzinami oraz faktycznie sprawiało nam to radość, co jest zresztą zabawne, patrząc na to jak aktualnie tego nie cierpimy. Jak dopiero uczyłeś się chodzić i spadałeś na tyłek za każdym razem, również za każdym razem płacząc. Gdy przebierałam Cię za księżniczkę, a ty zresztą nie miałeś nic przeciwko, śmiałeś się i wymachiwałeś tą różową torebeczką z pieskiem, dumnie nosząc koronę. Albo nasze zabawy małymi figurkami Littlest Pet Shop, kochałeś je i zawsze prosiłeś, abym Ci je zostawiła, albo jakieś oddała. Ale ja byłam nieugięta, a finalnie je zwyczajnie sprzedałam. Przepraszam, że o tobie zapomniałam i ich Ci nie oddałam, chociaż szukałam wtedy sposobu na zdobycie pieniędzy. Wciąż pamiętam ten zawód w twoich małych oczkach. Przy tobie byłam ,,tym grzecznym i nieproblematycznym dzieckiem", nagle to nie ja miałam rzekome ADHD, a ty. Zresztą, akurat w twoim przypadku było to trafne, ale przemilczmy to. Nie raz sypałeś na mnie piaskiem całą brudząc, gdy się huśtałam. Chciałam Cię za to zabić. Wchodziłeś na trampolinę i przeszkadzałeś. Za to również. Czy po prostu mówiłeś coś nie tak, ośmieszając mnie przed znajomymi. Teraz wiem, że mogłam częściej stać po twojej stronie i przyciągnąć do siebie, dołączyć do zabawy. Nie doprowadzać do stanu, gdy krzyczałeś, że nikt cię nie lubi i jesteś najgorszy. Bo wiesz czemu? Bo właśnie rozpoczynałam nieświadome niszczenie malutkiego, niewinnego i zwykle naiwnego dziecka.  Któremu trzeba było pomóc, przytulić, wytłumaczyć, a nie krzyczeć oraz ignorować. Miałeś problemy ze znajomymi, prawie ich nie miałeś. Wychowywałeś się na tablecie, gdy wszyscy przychodzili do mnie bawiąc się wyśmienicie wyganialiśmy cię z pokoju. A ty nie miałeś jak ja w twoim wieku znajomych, którzy by cię rozumieli, bawiąc się z tobą. Byłeś sam, bo i rodzice zajęci byli własnym życiem. Nie pozwalałam wchodzić do własnego pokoju, nie pozwalałam dotykać własnych rzeczy, nie pozwalałam Ci czasem nawet się tylko o coś spytać. Zamykałam siebie, raniąc ciebie. Przepraszam za nie bycie tym kim chciałam być. To wszystko ukształtowało nieco twój charakter, już nawet nie próbujesz ze mną rozmawiać, a jeśli to rzadko, bo wiesz, że rozmowa będzie krótka. To nie te same czasy. Nie zwierzasz się, bo chyba nie umiesz. W końcu dla rodziców nigdy tego nie robiłeś, komu więc powierzałeś własne myśli? Zabawkom i ścianom, pamiętam to. Dlaczego to nie byłam ja? Dlaczego się nie opanowałam? W moim życiu prawie cię nie było, naprawdę, widywałam cię góra 3 godziny na dzień. Parę razy krzyczałeś do mnie, że mnie nienawidzisz. Że wolałbyś nie mieć siostry. Nawet że chciałbyś, abym umarła. Że jestem dla ciebie nikim. Bolało, choć najwyraźniej na to zasłużyłam oraz przyznaję to. Spieprzyłam, uciekając we własne kąty, w których walczyłam sama z własnymi demonami. Ty nawet nie wiedziałeś, że byłam blisko śmierci. Ja nie myślałam ani trochę o tym co zrobiłby mój malutki brat, dowiadując się...że jego siostra po prostu się zabiła. Nawet nie wiedziałeś, o niczym z tego. Pamiętam jak raz, pomiędzy czterogodzinną łącznie rozmową z moją przyjaciółką po prostu do ciebie przyszłam. Nie pamiętam czy nawet nie spałeś, ale cichym, niepewnym głosem rzuciłam tylko
,,Hubert? Śpisz?"
,,Nie"
Byłam cała we łzach, zaczynając cię zaraz przepraszać. Tłumacząc, że wcale nie miałam na myśli tylu złych słów, że nie chciałam być najgorszą siostrą, którą sam mnie parę razy nazywałeś. Przeprosiłam Cię i to nie raz. Mówiłam, że możesz mimo wszystko zawsze na mnie liczyć, ale abyś próbował zrozumieć to, że nie zawsze mam humor na rozmowę czy zabawę. Że to nie twoja wina. A ja nawet jeżeli kiedyś bym znikła patrzyłabym na niego z góry. Wierzyła, bo coś osiągnie i jestem tego pewna. Była nawet jakby mnie nie widział. Jak taki ,,aniołek" jak sam nazywasz osoby, których już z nami nie ma. Nie odtrąciłeś mnie. Przytuliłeś jak mogłeś, jakby niezręcznie, ale jednak. Zapewniłeś, że jestem najlepszą siostrą jaką mógłby mieć, że nie chcę innej. Nie wiedziałeś co powiedzieć, gdy pytałam jak u ciebie, a rozmowa momentami była trudna do utrzymania. Nie nauczyłam Cię jak to jest się wygadywać. Nie nauczyłam Cię tego, kim powinnam dla ciebie być. Bo sama nie umiałam być jaka powinnam. A teraz patrzę na tego małego, szmacianego aniołka, którego uszyłeś sam na jakiejś swojej wycieczce. Jakiś czas temu wszedłeś do gabinetu gdzie siedziałam oraz nieśmiało mi go dałeś, jakby bojąc się wygonienia. 

Kocham Cię, Hubert. Wciąż jesteś moim małym braciszkiem, wciąż chcę dla ciebie dobrze, wciąż mi zależy, choć tego nie pokazuję i to nie raz, choć teraz coraz bardziej się staram. Po prostu przepraszam, że nie byłam tym kim powinnam. Ale ty mi wybaczyłeś oraz wierzyłeś, wciąż biorąc mnie za siostrę. Jakim człowiekiem trzeba być, by potrafić wciąż kogoś takiego kochać?







czwartek, 8 lutego 2018

Dwa oblicza - 08.02.18

Czasem czuję brak kontroli. Sądzę, że własnie to sprawia, iż boję się własnej osoby. Gdy jestem smutna. Gdy jestem zła. Gdy jestem obojętna. Boję się, bo czuję jakby były to dwie inne mnie. Jedna, którą znam oraz wiem, co mogłaby zrobić, co czuć, a także ta, która jest kompletnie nieobliczalna. Nie znam jej, jest potworem. A raczej znam zbyt dobrze i zbyt długo, choć wciąż nie jest poznana. Taka druga ja, która we mnie wrosła. Czasem patrzę na nią jak na takiego prywatnego diabła. Który niszczy wszystko co spotka na drodze, wszystko co widzi, wszystko co ma. Który ucieka dopiero, gdy wszystko jest w popiele, a ja zostaję sama. Zdezorientowana, we łzach, ledwo oddychająca, orientująca się, że ,,Hej, to zniszczone. To koniec, to jebany koniec. Zjebałaś, nie naprawisz tego. A wiesz dlaczego?". Ponieważ to ja to wszystko zniszczyłam, niby świadoma, niby z pewnością, choć teraz jakby...dziwnie zraniona. Ale dlaczego tego nie da się naprawić? Już tłumaczę, ponieważ już nie ma czego naprawiać. Wszystko co zostało odeszło. Wszystko co kochało - przerwało. Wszystko co było ,,stałe" znikło, mimo tysięcy zapewnień. Hej! Zostałaś sama, mam nadzieję, że się cieszyć, bo teraz jedyne co ich wspomni to twoja osoba oraz ta piekielna cisza, która zamiast ułatwiać utrudnia. Chcesz błagać o przebaczenie, ale to już nic nie ważne. Powiedziałaś co chciałaś, a oni to zrozumieli. Kazałaś odejść - odeszli. Lecz czemu to aż tak boli? Błagam, wróćcie. Ja nie chcę być sama, ja nie znów niszczyć, ja nie chcę by ten potwór pożarł również mnie. Nie chcę, nie chcę, nie chcę, kuźwa, nie chcę.

A potem się budzę. I wiem, że jeszcze są. Albo po prostu są. Jednak wytrwali, ale ja i tak czuję się jak skończona suka, która ich zraniła. Sprawiłam, że moi najbliżsi mieli zły humor czy wypuścili przeze mnie łzy. Niszczę, choć jeszcze nie zniszczyłam. I tak, to dlatego się boję. Bo ja nigdy nie wiem kiedy potwor będzie potrzebował więcej. Kiedy pożre wszystko co tylko mam i kocham. Kiedy sprawi, że zostanę sama oraz bez grama nadziei.

Potworem jestem ja. Jak więc mam uciec?