Zakładki

piątek, 20 października 2017

Dzień po dniu - 20.10

Nie mogę wytrzymać mojej nienawiści. Do mnie i do innych. Wydaje się jakby było źle, ale zawsze. Dzień w dzień. Nie nadążam, wyłączam się. Po prostu życie przelatuje mi powoli przez palce, a przecież żadnej chwili nie da się ,,powtórzyć". Pamiętam jak byłam mała. Mama starała się jakoś zaspokoić moje zachcianki, ale nic mi nie pasowało. Potem po prostu zdenerwowana wychodziła, a ja zauważałam jak dobrze chciała oraz co straciłam. Mimo mojego przekonywania jej i tak była nie ugięta. Traciłam szansę. A potem wpadałam w płacz, co chyba zostało mi do teraz. Prosty przykład. Nie chcę wyjść, źle czuję się z ludźmi, nie umiem. Ale potem widzę jak dobrze się bawili. Albo zdaję sobie sprawę, że znów zostałam sama. Wpadam w panikę - płaczę.

Wiele osób boi się samotności. Ja nie dość, że boję się tego boję się również czasu. Co ciekawe ten strach ma w sobie wiele z tych innych. Boję się czegoś, co będzie nieodwracalne. Boję się porażek i śmierci. Nawet samej siebie, bo nie. Nie jestem racjonalna. Ja nie jestem nawet normalna.
,,Nie szkodzi, raz nie poszłaś, bo miałaś zły humor" dobra wymówka, nie?
Problem z tym, że bez zmuszenia się nie wyjdę nigdy, wciąż tracąc czas, a potem tego żałując. Bo teraz nigdy nie mam tego ,,dobrego humoru" czy nawet głupiej chęci. Czuję się czasem jak wyssana z bycia czymś, kimś, czymkolwiek. Nie potrafię martwić się zwykłymi, przyziemnymi rzeczami jak inni. Nie interesują mnie rozmowy z rówieśnikami, których widzę na co dzień. Nie potrafię uśmiechać się tak szczerze jak powinnam ani cieszyć zwykłymi, ale przyjemnymi chwilami. Myślę, cały czas. Mój mózg nie chce dać mi nawet chwili westchnienia, a mnie to męczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz